niedziela, 18 października 2015

Rozdział 4 ,,Atak''

  Wylecieliśmy już o piętnastej. Niestety byliśmy nieprzewidzianymi pasażerami, więc ja musiałem lecieć z Willem, Alicja oczywiście z Aronem, a Zielarz z Marcusem (z racji, że był kapitanem armii elfów, która przybyła nas wesprzeć w walce z Uranosem, musiał szybko wrócić). Byłem drobniejszy i leciałem z przodu, ale prawdę mówiąc nie byłem z tego powodu zbyt zadowolony. Przez całą drogę Will szeptał mi do ucha bardzo nieprzyzwoite rzeczy. Po pamiętnej chwili w stodole, wiedziałem, że żartuje, ale to nie przeszkadzało mi z każdym zdaniem rumienić się coraz bardziej. Przynajmniej przez pierwszą godzinę. W drugiej miałem go już serdecznie w nosie. W trakcie podróży okazało się, że mam delikatny lęk wysokości i skoro zbereźności już nie działały, to znaczy, że już miałem dość latania i należało zmienić temat. Najwyraźniej Will miał instynkt samozachowawczy i domyślił się, że jak powie jeszcze jedno głupie zdanie, to go zrzucę z tego pegaza. Nie wątpiłem, że mu się by nic nie stało, lecieliśmy dosyć nisko, ale satysfakcja by została. Był wyjątkowo zdolnym pół-demonem. Zaczął snuć opowieści, o  starych legendarnych królestwach. Szczególnie mi się spodobała historia pewnej dziewczyny o imieniu Lili. Z tego co mówił wydawała się, że była wyjątkowo interesującą osobą. Szkoda, że istniała tylko w bajkach. 
   Dzięki Willowi, nawet nie zauważyłem kiedy  przebyliśmy połowę drogi. Obiecałem sobie w duchu, że się mu jakoś odwdzięczę. Szczerze mówiąc postój był tylko dla mnie, bo jak twierdził Will, idealnie bym się zamaskował przy białej ścianie. Ale mimo wszystko, wszyscy mi powtarzali, że też chcą odpocząć (po za Zielarzem, który narzekał, że musi zarezerwować pokój w gospodzie, ale Alicja mu odpowiedziała, że jak tak bardzo, chce to może iść piechotą, to go pozbawiło argumentów). Zatrzymaliśmy się przy w małym brzozowym lasku, gęsto porośniętym przez chaszcze, przez który płynął strumień. Już mieliśmy odlatywać gdy nagle z krzaków wyskoczyli bandyci. A przynajmniej tak wywnioskowałem po łukach, mieczach, sztyletach i tak dalej.  I tym całym arsenałem skierowanym w naszą stronę.
- Na koń! - wrzasnęła Alicja, a ja nie protestowałem. 
Tylko...
  Był mały problem... Skrzydło mojego konia było na wylot przebite strzałą. Zielarz sam powiedział, że pegazy są delikatne i nie tylko jeśli chodzi o żołądki. Najłatwiej je było zranić w skrzydła, które było bardzo trudno wyleczyć. 
  Will spojrzał z zdenerwowaniem na konia, który przerażony  próbował uciec. Wypowiedział jakieś dziwne brzmiące słowa i zwierze się uspokoiło. 
- Lećcie! Poradzimy sobie! - polecił reszcie, ale Zielarz chciał zostać, więc wziął jedną torbę i zszedł z konia. Trudno, jego strata. 
Spojrzałam na demona jak na idiotę. Damy sobie radę?! Niby jak?! Jest ich co najmniej dwa tuziny! Alicja niepewnie skinęła głową i wraz z Aronem i Marcusem odlecieli. Pięknie. Will skinął głową do Zielarza i oboje się uśmiechnęli niebezpiecznie.
- Macie dziesięć sekund na zejście nam z oczu, albo zginiecie -ostrzegł ich lojalnie demon. 
   Oczywiście nie uciekli. Gdy chłopak doliczył do pięciu, Will podszedł do mnie i  palcami zamknął mi oczy, prosząc szeptem, bym miał je zamknięte dopóki nie pozwoli mi ich otworzyć. 
   Nie posłuchałem i miałem je tylko przymknięte. I tego później pożałowałem.  
__
Em... miałam coś tutaj napisać... ale już nie pamiętam co...
A! Już wiem! Miałam wam podziękować za komentarze :) soo...
DZIĘKUJĘ! 
Hadari i Panu Krzysztofowi - za to, że ze mną rozmawiają :*  
PS: Panie Krzyśku, w następnym potężny atak ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz