Zielarz znowu gdzieś zniknął, a właściwie nie zniknął, ale go nie było widać. To znaczy, że połknął coś co sprawiło, że stał się nie widzialny. O jego obecności świadczyły okazjonalne krzyki bandytów których twarze przechodziły przez wszystkie kolory tęczy. Po tym procesie padali jak muchy, sparaliżowani jadem trucizny.
Will zmienił się w swoją prawdziwą postać demona. Miał szpony zamiast palców i duże błoniaste skrzydła, których każdy staw zwieńczony był pazurem. Oczy błyszczały krwistą czerwienią, a spod górnych warg wystawały zwierzęce kły. Byłem przerażony samym jego widokiem i aurą, ale to chyba dobrze prawda? Skoro ja się boję, a znam Willa i jego łagodne usposobienie, to oni muszą umierać ze strachu. Nie chcę myśleć nawet o tym, co oni muszą teraz czuć. Mimowolnie zacząłem dygotać ze strachu. Nie byłem w stanie się ruszyć.
Nagle Will spojrzał mi prosto w oczy. Wiedział, że mam je otwarte. Czuł aurę emocji? Zmarszczył ze zdenerwowaniem brwi. Nie był zadowolony z tego, że widzę jego prawdziwą formę. Z resztą, ja też nie.
- O-oskar? - zapytał charcząc.
Jeden z bandytów posłał w moją stronę strzałę. Will szybkim ruchem skrzydła odepchnął strzałę, przez co nie dosięgnęła celu. Czyli mnie. Demon zastygł w oczekiwaniu na rozkaz.
Jeśli bym mu nic nie rozkazał, to by mnie bronił własnym ciałem.
- Ruszaj - nakazałem.
- Tak... mój Panie - dodał po chwili wahania.
Rzucił się ku najbliższemu bandycie i błyskawicznie rozszarpał mu gardło. Mężczyzna nie zdążył jeszcze upaść, gdy demon dopadł następnego, któremu sprawnym ruchem wyłupał oczy i rozciął sztyletem brzuch. Dwóch rabusiów chciało go zajść od tyłu i wbić mu nóż w plecy, ale powalił ich jednym potężnym ruchem skrzydeł. Z jego ręki wystrzelił zielony promień, który na skroś przeszył dwóch następnych. Wybałuszyli oczy i otworzyli szeroko usta. Zadrgali w przedśmiertnych konwulsjach i upadli z pianą na ustach. Pozostałych zabił Zielarz, który nagle się pojawił z uśmiechem na ustach, kalecząc ich małym sztyletem skąpanym w śmiercionośnej truciźnie. Cała ta mała bitwa nie trwała dłużej niż pięć minut.
Przez te pięć minut stałem bezczynnie i nawet nie próbowałem pomóc moim przyjaciołom.
Przez te pięć minut nic nie zrobiłem, by zapowiedz śmierci dwóch tuzin ludzi.
A przecież... mogliśmy ich choćby skrępować i odstawić do najbliższego posterunku policji.
Will był cały we krwi. Przypomniał mi się pewien wiersz:
,,Od teraz rzeka ta,
Czerwona od krwi będzie,
Na znak śmierci wszystkich ludzi,
Po wsze czasy''
A wspomniana rzeka, jest strumieniem, w któej Bogini obmywa sobie ręce z krwi i grzechu. Jeśli krew pierwszej ofiary, która trysnęła na jej ręce, nie zmyje się, to oznacza, że Bogini zabiła niewinnego człowieka i musi to odpokutować.
Will był cały pokryty krwią. Ciekawa czy ta krew zostałaby zmyta...
Poczułem jak mi mięknie w kolanach. Upadłem i zwymiotowałem. Czułem się źle. Will ciężko dyszał i przemieniał się z powrotem w człowieka. Przemiana z powrotem zawsze była cięższa. Zielarz z zafascynowaniem rozcinał głowę jednej z ofiar. Jak tylko zobaczyłem czaszkę i jak chłopak unosi coś do złudzenia przypominającego tasak, zmieniłem zdanie co do mojego samopoczucia. Czułem się bardzo źle i to był jeden z powodów z których zemdlałem.
__
Wiersz jest stworzony przez moją osobę ;)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz